www.marfanforum.pl Forum osób ze schorzeniem tkanki łącznej
Największa, po Stowarzyszeniu Marfan Polska, baza wiedzy na temat Zespołu Marfana,
wsparcie i pomoc przyjaciół. Nie wahaj się pytać!

Szukaj na Forum

Nonsensy prawne

...czyli wszystko, co może nam ułatwić życie

Postprzez resa » 12 wrz 2008, o 07:16

Kilkadziesiąt tysięcy pacjentów z naszego województwa, którzy cierpią na ciężkie nadciśnienie, już wkrótce ustawi się w długich kolejkach do lekarzy. To efekt nowego pomysłu NFZ-etu, który uznał, że mogą ich leczyć wyłącznie hipertensjolodzy. W naszym regionie jest ich zaledwie 13.

Nadciśnienie tętnicze dotyka co trzeciego dorosłego Polaka. Często towarzyszy innym chorobom, takim jak cukrzyca, miażdżyca czy choroby serca. Prowadzi też do groźnych powikłań. Specjaliści szacują, że chorych, którzy z powodu tzw. ciężkiego nadciśnienia muszą być leczeni w szpitalach, jest na Śląsku kilkadziesiąt tysięcy. Zazwyczaj trafiają na oddziały chorób wewnętrznych, czasem kardiologię. Po wstępnej diagnostyce i leczeniu - o ile zachodzi taka potrzeba - kierowani są do wysokospecjalistycznych ośrodków.

Wkrótce to się jednak zmieni. Prezes Narodowego Funduszu Zdrowia wydał właśnie zarządzenie, określające wymagania dla poszczególnych oddziałów szpitalnych. Nowe przepisy będą obowiązywać już od stycznia. Wynika z nich, że szpitale muszą zatrudnić w jednym oddziale dwóch specjalistów od nadciśnienia, czyli hipertensjologów, i to na pełnych etatach. Wśród rozmaitych aparatów, trzeba mieć jeszcze rezonans magnetyczny i renoscyntygraf, czyli urządzenie do izotopowego badania nerek.

Oddziałów, do których teraz trafiają nadciśnieniowcy, jest ponad sto. Tymczasem hipertensjologów w całym województwie jest zaledwie 13, a kolejnych 15 dopiero się uczy. Jeśli nawet są zatrudnieni w jakimś szpitalu, to na przykład nie ma w nim rezonansu magnetycznego. I szybko nie będzie, bo taki aparat kosztuje kilka milionów złotych. Innego wymaganego urządzenia - scyntygrafu - nie ma już nikt, bo badanie nim wyparły nowocześniejsze metody, np. tomografia komputerowa.

Najbliżej spełnienia warunków NFZ - etu jest Klinika Nefrologii, Endokrynologii i Chorób Przemiany Materii w Szpitalu im. Mielęckiego w Katowicach. Przyjmuje około 2,5 tys. pacjentów w roku, przede wszystkim z chorobami nerek i po przeszczepach. - To niewyobrażalne, byśmy jako jedyni w regionie mieli się zajmować nadciśnieniem - mówi prof. Andrzej Więcek, kierownik kliniki i wojewódzki specjalista w dziedzinie nefrologii.

Innym puszczają nerwy.

- Te wymagania to katastrofa dla chorych. Jeśli nawet przyjmiemy pacjenta z ciężkim nadciśnieniem, to NFZ nam za niego nie zapłaci - denerwuje się Anna Knysok, wicedyrektorka Zespołu Szpitali Miejskich w Chorzowie.

- Nowe wymagania to głupota. Pacjenci będą odsyłani od szpitala do szpitala - uważa prof. Lech Poloński, wojewódzki konsultant w dziedzinie kardiologii.

- Księżycowy pomysł, z powodu którego porobią się gigantyczne kolejki - dodaje dr Wojciech Kreis, szef kardiologii w Szpitalu Wojewódzkim w Rybniku.

Co na to NFZ? - Zmiany nie ograniczą dostępu do leczenia odpowiada spokojnie Edyta Grabowska-Woźniak, rzeczniczka NFZ-etu. Jej zdaniem szpitale mają przede wszystkim leczyć pacjentów, a nie przyjmować ich po to, żeby dostawać z NFZ-etu więcej pieniędzy. Podkreśla, że wszystkie wymogi dla poszczególnych oddziałów były ustalane w uzgodnieniu z konsultantami krajowymi. Zadzwoniliśmy więc do prof. Krzysztofa Narkiewicza z Gdańska, krajowego konsultanta w dziedzinie hipertensjologii. - Podnieśliśmy wymogi, bo w szpitalach wiele nadużyć. Chorzy na nadciśnienie, z ciężkimi powikłaniami, w ogóle nie trafiali do specjalistycznych ośrodków, ponieważ małym szpitalom opłacało się ich trzymać u siebie - tłumaczy nam prof. Narkiewicz. Czy jednak nowe wymogi nie są zbyt wyśrubowane? - Być może trzeba będzie znaleźć złoty środek i nieco je złagodzić, przynajmniej dla średniej wielkości ośrodków - odpowiada profesor.

autor: J. Watoła; źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
Ostatnio edytowano 14 lis 2008, o 13:56 przez resa, łącznie edytowano 1 raz
..."Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem"...
Avatar użytkownika
resa
well-wisher
 
Posty: 2262
Dołączył(a): 11 sie 2006, o 18:57
Lokalizacja: Kraków

Postprzez gabriela » 8 paź 2008, o 10:02

Wielu z nas na co dzień napotyka na różne absurdalne przepisy lub ich brak...
Absurdy utrudniają życie niepełnosprawnym
Niewidomy nie może być honorowym dawcą krwi, niesłyszący nie ma co liczyć na tajemnicę lekarską, a sparaliżowany musi osobiście odebrać dowód osobisty. "Czarna księga dyskryminacji osób niepełnosprawnych", do której dotarł DZIENNIK, pełna jest przykładów kuriozalnych przepisów, które czynią życie kilku milionów Polaków prawdziwą udręką, a Polsce daje łatkę jednego z najmniej przyjaznych niepełnosprawnym krajów Unii.
Co gorsza, przykłady rozmówców DZIENNIKA pokazują paradoks: przepisy, które dyskryminują niepełnosprawnych egzekwowane są z całą surowością, zaś te, które gwarantują ich prawa - są często fikcją.
Paweł ma 28 lat i mieszka w Szczecinie. Chciał oddać krew - jest zdrowy, nie należy do żadnej "grupy ryzyka". Na przeszkodzie stanęło coś zupełnie innego - Paweł od urodzenia nie widzi, więc nie może złożyć podpisu na formularzu. Odesłano go z kwitkiem. "Poczułem się jak obywatel gorszej kategorii" - mówi DZIENNIKOWI. Sprawdziliśmy. Przepis, który go upokorzył, znajduje się w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z 18 kwietnia 2005 r. i stwierdza, że "kandydat na dawcę krwi musi posiadać znajomość języka polskiego w mowie i piśmie i bez udziału osób trzecich, samodzielnie, rozumieć treści kwestionariusza i pytania związane z wywiadem lekarskim".
To tylko jeden przykład spośród kilkudziesięciu przepisów kuriozów, które zebrały fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego oraz Polskie Forum Osób Niepełnosprawnych. Z raportu, który planują opublikować pod koniec roku, wyłania się czarny obraz: Polska, od maja 2004 r. członek Unii Europejskiej, wobec niepełnosprawnych wciąż zachowuje się jak PRL. "Nie ma właściwie dziedziny życia, w której nie byłoby przepisów pośrednio lub bezpośrednio dyskryminujących niepełnosprawnych" - mówi DZIENNIKOWI koordynator publikacji Jacek Zadrożny. "Wadliwe prawo dotyczy dostępu do służby zdrowia, praw obywatelskich, edukacji, prawa pracy, a nawet dostępu do rozrywki i informacji."
Głuchy studiować nie będzie
Magdalena Wójcicka z Poznania jest niesłysząca. Do głowy jej jednak nie przyszło,że ten fakt pogrzebie jej szanse na studiowanie. Startowała na historię. "Córka ciężko pracowała na to, by mieć takie osiągnięcia jak słyszący, ale kiedy okazało się, że uczelnia nie ma tłumaczy, którzy mogliby jej przekazać pytania komisji, a potem przetłumaczyć odpowiedzi, musiała zrezygnować" - opowiada jej matka.
Sprawdziliśmy. Język migowy nie ma u nas statusu języka mniejszościowego, w przeciwieństwie do wielu krajów UE. Co to oznacza? Że Magdalena Wójcicka nie może żądać od publicznej uczelni tłumacza. Mogłaby go przyprowadzić ze sobą i za własne pieniądze. A co potem? Zabierać go na każdy egzamin? Ten sam przepis komplikuje sytuację osoby głuchoniemej korzystającej ze służby zdrowia. Musi przyprowadzić ze sobą zaufaną osobę. Oczywiście to pozbawia ją prawa do korzystania z tajemnicy lekarskiej.
Zresztą osoba niepełnosprawna do podobnej dyskryminacji przystosowuje się najczęściej od urodzenia. I tak według prawa dzieci niepełnosprawne formalnie mogą chodzić do szkół razem z innymi, ale jeżeli potrzebują osoby wspomagającej (np. nauczyciela pomagającego niewidomemu uczniowi), mogą zapomnieć o równym starcie. Ustawa o systemie oświaty pozwala zatrudnić taką osobę jedynie placówce o charakterze "specjalnym" lub "integracyjnym".
W tej samej ustawie Ministerstwo Edukacji Narodowej zapomniało, że niewidome dzieci nie kończą nauki na gimnazjum, i nie zagwarantowało im już dowozu do liceum.
Efekt dyskryminacji edukacyjnej? Tylko 4,5 proc. osób niepełnosprawnych ma w Polsce wyższe wykształcenie, podczas gdy średnia dla całego społeczeństwa to około 15 proc.
Ślepy nie dostanie pieniędzy
W "Czarnej księdze..." sporo miejsca zajmują również poważne zaniedbania na poziomie ustawodawcy. Oto przykład: prawo bankowe zapewnia dostęp do usług równy dla wszystkich obywateli, ale żaden z aktów nie zobowiązuje banków do posiadania bankomatów dostosowanych dla osób niewidzących czy na wózkach. A skoro nie zobowiązuje, to ich nie ma. Niewidomy 27-letni Tomasz Strzymiński przez ponad miesiąc obdzwaniał punkty obsługi użytkownika w największych sieciach bankowych, by zapytać, gdzie może bezpiecznie wyjąć pieniądze. "Usłyszałem litanię rad: że powinienem przychodzić po pieniądze w godzinach pracy placówki albo bym brał z sobą osobę zaufaną" - mówi DZIENNIKOWI.
Twórcy raportu, który ma być opublikowany pod koniec roku, nie opisali jeszcze części materiału dotyczącego transportu publicznego, a wiadomo, że braków będzie mnóstwo. Najlepszy przykład: historia niewidomego szefa biura ds. niepełnosprawnych na Uniwersytecie Warszawskim Pawła Wdówika, którego w 2005 r. nie wpuszczono do samolotu LOT, bo towarzyszył mu pies przewodnik. Choć w Unii powszechnie uznawane jest przez linie lotnicze prawo niewidomych do lotu z psem, to nie działa ono w Polsce, bo nasze prawo nie zna pojęcia "pies przewodnik".
Wdówik został w Polsce. Miał lecieć do Stanów. By odebrać nagrodę za walkę z dyskryminacją os
Źródło – Dziennik,pl
......i kiedy przyjdą dni deszczowe, naucz się przechodzić między kroplami
Avatar użytkownika
gabriela
-# JUNIOR ADMIN
 
Posty: 4800
Dołączył(a): 16 lip 2006, o 17:27
Lokalizacja: z Marsa

Postprzez smuklaewa » 21 paź 2008, o 21:55

gabriela napisał(a):historia niewidomego szefa biura ds. niepełnosprawnych na Uniwersytecie Warszawskim Pawła Wdówika, którego w 2005 r. nie wpuszczono do samolotu LOT, bo towarzyszył mu pies przewodnik. Choć w Unii powszechnie uznawane jest przez linie lotnicze prawo niewidomych do lotu z psem, to nie działa ono w Polsce, bo nasze prawo nie zna pojęcia "pies przewodnik".
Ręce opadają...jakaś paranoja zachowania trzeciego świata... :-(
Avatar użytkownika
smuklaewa
smile with me
 
Posty: 4041
Dołączył(a): 29 wrz 2006, o 23:54
Lokalizacja: krakow

Postprzez resa » 25 paź 2008, o 21:59

Mamy pieniądze, ale dzieci czekają

źródło: Metro 24.10.2008r

Bezprecedensowe oświadczenie Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ nie chce płacić za operacje kardiochirurgiczne dzieci poza granicami kraju, bo operacje mogą wykonywać polscy specjaliści

Rodzice chorych dzieci, którzy nie chcą czekać na operację w Polsce, coraz częściej szukają pomocy za granicą. Jak wielu? Nie wiadomo, ale wczoraj głos w tej sprawie zabrał Fundusz. - NFZ nie będzie finansował planowego leczenia kardiochirurgicznego w klinice w Monachium, które jest dostępne w kilku wysokospecjalistycznych ośrodkach kardiochirurgicznych na terenie Polski - czytamy w komunikacie.

Dyskusję wokół problemów kardiochirurgii dziecięcej rozpoczął na początku października listem otwartym Jurek Owsiak. - Czemu dzieci z chorobami serca są operowane za granicą, chociaż polskie kliniki są wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt? - pytał. Rozmowa z prof. dr. hab. Bohdanem Maruszewskim, kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Centrum Zdrowia Dziecka, o tym, co trzeba zrobić, aby dzieci nie musiały czekać na operacje, a rodzice nie szukali pomocy za granicą

Anita Karwowska. Czy apel Jurka Owsiaka do kardiochirurgów polskich był potrzebny?

- Był. Jeszcze kilka lat temu dzieci z wadami serca mogły być operowane bez kolejki. Teraz kolejki rosną, bo brakuje miejsca na intensywnej terapii, anestezjologów oraz pielęgniarek, które chciałyby na tych oddziałach pracować.

Jak długo dzieci muszą czekać?

- Rocznie wykonujemy ok. 600 operacji u noworodków w trybie nagłym. To jedna czwarta wszystkich zabiegów. Dla tych dzieci miejsce musi znaleźć natychmiast, bo nie przeżyją. Jednak przez to wydłużamy kolejkę dzieci czekających na operacje planowe. Tych też nie można odkładać w nieskończoność, ponieważ ryzyko związane z operacją rośnie.

Kolejka będzie rosła, bo też w Polsce rodzi się coraz więcej.

- Niestety, tak. Na tysiąc narodzin średnio ośmioro dzieci ma wadę wrodzoną serca. Dziś nawet ciężko chore dzieci przeżywają okres poporodowy, rozwija się diagnostyka prenatalna. Sukces rodzi potrzeby. Większość operacji wykonywanych u noworodków to nie są jedyne operacje, jakie te dzieci przejdą. One pozwalają dzieciom przeżyć i się rozwijać. Ale tylko pod warunkiem, że te maluchy przejdą w kolejnych latach kilka kolejnych zabiegów.

Myślę, że do rodziców chorych dzieci nie trafia argument, że operacja się opóźnia z powodu baby boom-u.

- To prawda, bo to system nie dostosował się do demografii. Pieniądze na operacje są - od Ministerstwa Zdrowia. Problem polega na tym, że za samą hospitalizację dziecka płaci NFZ i są to kwoty niewystarczające. Czasem pobyt dziecka w szpitalu trwa nawet kilka miesięcy.

O ile powinny wzrosnąć nakłady na kardiochirurgię dziecięcą?

- Mamy w Polsce 9 sal operacyjnych i 51 stanowisk. Powinno być ich dwa razy więcej, mówimy więc o kwocie 15 mln zł. Drugi kłopot to brak pielęgniarek. Dzisiaj te, które pracują oddziale intensywnej terapii zarabiają tyle, co koleżanki na innych oddziałach, choć ich praca jest potwornie ciężka i odpowiedzialna. Uciekają więc z tych oddziałów. Tymczasem pielęgniarki z Europy Zachodniej pracujące na intensywnej terapii zarabiają często więcej niż młodzi lekarze. Jeśli nie chcemy, aby w mediach ukazywały się kolejne apele o sfinansowanie operacji dziecka gdzieś za granicą, musimy to wszystko zmienić.

Apel rodziców, którzy szukają pomocy za granicą, musi być dla lekarza szczególnie bolesny.

- Boli mnie i dotyka, kiedy widzę dzieci czekające na operację, których nie można zrobić. Boli mnie, że zespół sześciu świetnych kardiochirurgów, którzy mogliby operować całe dnie nie operuje, bo nie ma miejsc w szpitalu. Jednak to nie jest tylko kwestia bólu, ale i odpowiedzialności. Kiedy podpisuję dokument kwalifikujący dziecko do operacji, to w tym momencie zaczynam odpowiadać prawnie za los tego dziecka. Wiem, że ono nie może miesiącami czekać na zabieg. Bolą mnie też argumenty, że to dziecko nie może być w Polsce operowane, bo nie chcą się tego podjąć polscy kardiochirurdzy. Nasze umiejętności są bardzo wysokie, ale wszędzie na świecie są takie wady, których się nie operuje, bo zabieg skróci życie, a nie poprawi stan dziecka. Oczywiście, rodzice mają prawo szukać najlepszego na świecie miejsca. Ja, będąc w takiej sytuacji, zrobiłbym to samo. Tylko jeżeli koszt takiej operacji za granicą wynosi kilkadziesiąt tysięcy euro, a u nas kilkakrotnie mniej. Czemu więc nie inwestuje się w leczenie w Polsce?

Czy w najbliższym czasie WOŚP zagra ponownie na rzecz polskiej kardiochirurgii?

- Orkiestra nie będzie finansowała pracy pielęgniarek, anestezjologów i chirurgów. Fundacja może przekazać pieniądze na sprzęt wtedy, kiedy będzie pewne, że zostanie on wykorzystany, że nie będzie stał bezużytecznie.
..."Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem"...
Avatar użytkownika
resa
well-wisher
 
Posty: 2262
Dołączył(a): 11 sie 2006, o 18:57
Lokalizacja: Kraków

Postprzez smuklaewa » 25 paź 2008, o 22:16

resa napisał(a):Bezprecedensowe oświadczenie Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ nie chce płacić za operacje kardiochirurgiczne dzieci poza granicami kraju, bo operacje mogą wykonywać polscy specjaliści
Oglądałam bardzo ciekawy reportaż na ten temat....chodzi o profesora który wyjechał do Monachium ...i rzesze rodziców ufających tylko i wyłącznie temu kardiochirurgowi nie chce słyszec o innych lekarzach,którzy mogą wykonac taką operację z dużym powodzeniem,bez wyjazdu do Niemiec...tylko u nas w kraju...

[ Dodano: 2008-10-25, 23:29 ]
Profesor odchodzi, rodzice płaczą

Znany krakowski kardiochirurg Edward Malec żegna się ze szpitalem dziecięcym w Prokocimiu. - Jeśli profesor odejdzie, będzie okupacja Uniwersytetu Jagiellońskiego i szpitala - mówią rodzice dzieci z wadami serca, którzy wierzą, że tylko profesor jest w stanie uratować życie ich pociech. - Zrobimy wszystko, żeby został w Krakowie - zapowiadają.


Profesor Malec sam napisał wniosek o rozwiązanie umowy o pracę ze szpitalem i uniwersytetem. Oba wnioski zostały przyjęte, w połowie czerwca profesorowi kończą się umowy o pracę.

Co oznacza odejście Malca z kardiochirurgii, widać było najlepiej w ostatnich dniach. Choć profesor jest na urlopie, to zgodnie z umową z dyrektorem szpitala przychodzi operować dzieci. - Tylko niektóre - płakała w piątek do słuchawki rozżalona babcia malucha z wadą serca. - Mojemu wnuczkowi odmówił.

Nie odmówił za to miesięcznej Hani. Jak mówi jej tata, warszawski prawnik pan Krzysztof, profesor przesunął urlop, żeby Hanię operować. - Nie chcę, żeby Malec odchodził. Nie może uwierzyć, że uniwersytet zamiast walczyć o tak znakomitego lekarza, po prostu się z nim żegna - oburza się pan Krzysztof.

Inaczej jednak wyglądają relacje profesora Malca z rodzicami i dziećmi, inaczej z pracownikami szpitala. W skargach do rzecznika odpowiedzialności zawodowej przy izbie lekarskiej oraz do Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli Akademickich UJ podawali przykłady drastycznych scysji z profesorem Malcem. Ofiarą ataków z jego strony mieli padać także cenieni specjaliści, jak profesor Wiesław Urbanowicz.

Rodzice próbują jednak tłumaczyć profesora. - Z żadnym geniuszem nie jest łatwo - mówi babcia ośmiomiesięcznego Jacka. - Nieważne, co mówi, to tylko słowa. Liczy się jedynie to, że ratuje dzieci. Taki lekarz to skarb narodowy.

- Dlaczego rezygnuje Pan z pracy w Prokocimiu? - zapytaliśmy profesora Malca.

- Przesądziło pismo od dyrektora szpitala, w którym wydał mi polecenie, że mam przyjmować mniej dzieci spoza Małopolski, zwłaszcza z ciężkimi wadami serca. Dla mnie oznaczało to, że mam się kierować innymi niż medyczne wskazaniami do operacji. Uznałem, że polecenie dyrektora to w istocie wyrok śmierci dla niektórych dzieci.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
[miasta.gazeta.pl/krakow/1,44425,4190286.html]
Avatar użytkownika
smuklaewa
smile with me
 
Posty: 4041
Dołączył(a): 29 wrz 2006, o 23:54
Lokalizacja: krakow

Postprzez resa » 26 paź 2008, o 20:54

dzieci czekają


NFZ nie zamierza refundować operacji serca u dzieci w klinice w Monachium

autor: Anna Kaczmarek; źródło: Rynek Zdrowia 2008-10-24

NFZ rozważa zgromadzenie materiałów dotyczących promowania leczenia kardiochirurgicznego dzieci w klinice w Monachium i dezinformowania rodziców tych dzieci co do możliwości takiego leczenia w Polsce. Materiały te zostałyby przekazane minister Julii Piterze, pełnomocnikowi rządu ds. Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych - poinformowała Edyta Grabowska, rzecznik NFZ.

- Rozważamy taką możliwość ponieważ uważamy, że dochodzi do działania na szkodę polskich pacjentów – powiedziała portalowi rynekzdrowia.pl Edyta Grabowska.

NFZ poinformował, że po zasięgnięciu opinii trzech niezależnych ośrodków kardiochirurgii dziecięcej (w Krakowie, Poznaniu i Łodzi) zdecydował, że nie będzie refundował planowego leczenia kardiochirurgicznego jednego z dzieci w klinice w Monachium. Rodzice dziecka wystąpili do Funduszu o sfinansowanie operacji w Niemczech.

- Nie będziemy finansować takiego leczenia, które jest dostępne w kraju. Prawo mówi jednoznacznie, że leczenie za granicą może być finansowane jedynie w przypadku, kiedy nie jest ono dostępne w Polsce lub wówczas kiedy czas oczekiwania na leczenie może zagrażać życiu pacjenta.

Od jakiegoś czasu toczy się ożywiona dyskusja na temat polskiej kardiochirurgii dziecięcej. Wszystko zaczęło się od wyjazdu do niemieckiej kliniki prof. Edwarda Malca, który pracował w Klinice Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie – Prokocimiu. Po jego wyjeździe zaczęły pojawiać się informacje, rozpowszechniane przez niektóre fundacje i rodziców chorych dzieci, o tym, że tylko prof. Malec może wyleczyć ich pociechy z ciężkich chorób serca.

- Jest to prawdopodobnie akcja marketingowa fundacji, które przekonują, że leczenie dzieci z ciężkimi wadami serca jest niemożliwe w Polsce, co oczywiście jest kłamstwem. Cały problem pojawił się po odejściu prof. Malca z Prokocimia. Profesor miał bardzo dobry wizerunek, a odszedł z kliniki w niemiłej atmoserze. Jednak płatnika nie interesują animozje, ale nie można mówić, że po odejściu profesora klinika w Prokocimiu nie pracuje. Jest wręcz odwrotnie, ma wiele sukcesów– mówi rzecznik NFZ.

Fundacje nie działają na zasadach non-profit, tak jak i prywatne kliniki...
- Nie ma w tym nic złego, że ktoś leczy swoje dziecko za granicą. Jeżeli stać go na to, to jest to jego decyzja. Należy pamiętać, że monachijska klinika nie robi operacji za darmo – mówi nam rzecznik.

Fundacje informując rodziców o niemożności leczenia w Polsce grają na uczuciach zdesperowanych ludzi.
- To są kłamstwa. Dzielenie rodziców chorych dzieci na lepszych i gorszych w zależności od grubości ich portfela – komentuje E. Grabowska.

Na łamach portalu rynekzdrowia.pl w sierpniu prof. Janusz Skalski, kierownik Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie-Prokocimiu, zapoczątkował dyskusję na temat wyjazdów na leczenie do Monachium. Nadal na forum toczy się ożywiona dyskusja na ten temat. Leczenie w Monachium ma tylu zwolenników co i przeciwników.
..."Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem"...
Avatar użytkownika
resa
well-wisher
 
Posty: 2262
Dołączył(a): 11 sie 2006, o 18:57
Lokalizacja: Kraków


Powrót do Niepełnosprawność - ulgi, regulacje prawne itp

cron
  • Nowe posty
  • Wątki bez odpowiedzi
  • Kto przegląda forum
  • Forum przegląda 3 użytkowników
    1  zidentyfikowany, 0 ukrytych i 2 gości (dane z ostatnich 5 minut)
  • Najwięcej użytkowników online - 118
    było 29 wrz 2017, o 16:14
  • Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości